09.02.2016

Rozdział 18


"Każdy powinien mieć kogoś, z kim mógłby szczerze pomówić, bo choćby człowiek był nie wiadomo jak dzielny, czasami czuje się bardzo samotny."

— Cześć mamo!
— Jak tam pakowanie?
— Chyba wszystko już mam, ale, znając mnie, dopiero u ciebie zorientuję się, że czegoś nie wzięłam.
— Jak zwykle przesadzasz. — Dziewczyna mogła przysiąść, że przewróciła oczami. — O której macie samolot?
— Za niedługo. Właśnie, dlaczego pozwoliłaś mu ze mną jechać? Bez wcześniejszego ustalenia tego ze mną?
— Przecież już wiesz.
— Jesteś śmieszna. Dowiedziałam się o tym kilka dni temu, a poza tym miałyśmy spędzić trochę czasu, razem.
— Diano, Liam musi pojechać do swojej chorej ciotki, która mieszka kilka kilometrów od Glasgow. Pomyślałam, że to dobra okazja, bym w końcu go poznała, a wy spędzilibyście trochę czasu razem.
— Ale mi mówił coś innego. — Zmarszczyła brwi. — Powiedział, że jedzie do znajomego, który się tu niedługo przeprowadza. Mamo, masz mi coś do powiedzenia?
— Być może się w czymś pomyliłam. — Kłamstwo.
— Mamo, między ciocią, a kumplem jest spora różnica. Jak mogłaś się pomylić w tak różnych sprawach?
— Kochanie, jestem już stara i czasami zdarza mi się coś zmienić.
— Masz czterdzieści lat, do starości ci jeszcze daleko.
— Czterdzieści cztery. — Poprawiła ją.
— To naprawdę niemożliwe.
— Po prostu coś pomieszałam. Nie doszukuj się czegoś, czego nie ma.
— Ewidentnie coś kręcisz.
— O której macie samolot? — Szybko zmieniła temat, Dina postanowiła uśpić jej czujność.
— O jedenastej. — Skłamała. Chciała jej zrobić niespodziankę, to było warte tego niewinnego kłamstwa, prawda?
— Dobrze, zadzwoń,  jak dolecisz, to po was przyjadę.
— Liama z kumplem i ciotką, też? — zapytała sarkastycznie, na co Mary westchnęła głośno, dając jej wyraźnie do zrozumienia, że nie ma ochoty dłużej ciągnąć tego tematu.
— Do zobaczenia.
— Pa. — Rozłączyła się, po czym rzuciła komórkę na łóżko.
 To było jasne jak słońce. Ktoś z nich ewidentnie kłamał, a dziewczyna nie zamierzała być cicho, bo była pewna, że to Liam. Przecież Mary nigdy jej nie skłamała, miała do niej zdecydowanie większe zaufanie niż do niego, więc w tym momencie to on stał się głównym podejrzanym. Tylko, gdzie tak naprawdę zamierzał jechać? Dlaczego nie mógł powiedzieć jej prawdy?
Zapięła walizkę, schowała telefon i resztę niezbędnych rzeczy do torby, po czym wyszła ze swojego pokoju. Naprawdę dziwnie to zabrzmiało, bo przecież to nie był jej prawdziwy pokój. To tylko zastępcza sypialnia, w której miała mieszkać przez kilka miesięcy. Jak bardzo żałośnie i niedorzecznie to brzmi?
Schodziła powoli ze schodów, ponieważ walizka ciągle najeżdżała jej na stopy, przez co musiała się zatrzymać i poprawić bagaż. Kiedy w końcu dotarła na sam dół, odetchnęła z ulgą. Postawiła walizkę obok drugiej, nieco większej, która prawdopodobnie należała do Liama. Usłyszała jakieś głosy w kuchni, więc poszła w tamtą stronę. Oparła się o ścianę, tuż przy drzwiach i po prostu słuchała.
Nie, to wcale nie było podsłuchiwanie.
— Jeśli będziesz chciał wrócić wcześniej, to dzwoń, a ja załatwię bilet jak najszybciej.
— Poradzę sobie. To nie będzie przecież takie trudne. A przynajmniej mam taką nadzieję.
— Rok temu było, Liam. Bez względu na tak długi przedział czasowy, to wciąż będzie trudne.
— Ale to było kiedyś, teraz jest teraz  i chyba już do tego dojrzałem.
— Powinieneś pójść do jej ulubionej kwiaciarni. Z pewnością byłaby zadowolona.
 — Białe róże, prawda?
— To nie tylko kwiaty, zapamiętaj to.
— To zostanie już do końca mojego życia. Wracam za kilka dni. — Usłyszała szuranie krzesła.
— Opiekuj się Dianą, nie wiadomo, co może jej przyjść do głowy. — Prychnęła cicho pod nosem. Ciekawe, o czym rozmawiają, kiedy nie ma jej w pobliżu.
— Jest dorosła i myślę, że wie, co robi. Uwierz mi, jest bardzo przewidywalna.
— Nieprawda — pisnęła, po czym momentalnie zakryła dłonią usta.
— Diana?
Zaskoczona swoim zachowaniem, odwróciła się i wręcz biegła w stronę schodów. Nie zauważyła tylko, że ktoś wszedł do środka, przez co wpadła na tajemniczego gościa. Zażenowana spuściła głowę, nie było już sensu uciekać. Mruknęła ciche przepraszam, nie chcąc patrzeć na tę osobę, ponieważ czuła, jak na jej twarzy pojawiają się rumieńce. Nagły przypływ gorąca.
— Cześć Harry. — Usłyszała za sobą, ale ani drgnęła.
— Zauważ, że jako jedyny przyszedłem się z tobą pożegnać.
— No tak, Niall, Louis i Zayn byli już wczoraj.
— Jest za dziesięć siódma, Liam. Powinieneś to docenić.
— Doceniam, naprawdę, ale zastanawia mnie jedno. Jak się tu dostałeś? Przecież nie mogłeś przejść tych kilometrów na pieszo, biorąc pod uwagę ciebie i twoją kondycję oczywiście, a twoja mama od dawna jest już w pracy, więc…
— Miałem wczoraj ostatni egzamin na prawko. — Zakręcił kluczykiem na palcu. —  I możliwe, całkiem przypadkiem, że zdałem.
— Możliwe. — Zaśmiał się.
— Gemma oddała mi swoje auto, bo kupuje nowe. Jej gust zmienia się tak szybko, jak ty upijasz się na imprezach. Widzisz, jednak macie coś ze sobą wspólnego.
— To chyba dobrze. — Poruszył brwiami.
— To chyba niedobrze. Gemma to nie partia dla ciebie, więc możesz poszukać jakiejś innej laski w swoim wieku, Payne.
— W porządku, Styles. — Spojrzał na zegarek. — Wiesz, nie chcę cię wyganiać albo nie, jednak chcę. Mamy niedługo samolot, powinieneś się już zbierać.
— Tylko wróć trzeźwy. — Zaśmiał się, przez co dostał w głowę od bruneta.
— Na razie. — Zamknął za nim drzwi. — Jesteś gotowa? — Spojrzał na Dianę, która wciąż stała w tym samym miejscu.
— Tak — mruknęła, zabierając walizkę z jego rąk.
— Simon nas podwiezie.
— Mówisz sobie po imieniu?
— A ty z Mary nie?
— Czasami.
— Zbieramy się dzieciaki! — krzyknął mężczyzna, wyrywając walizkę z rąk Diany.
— Ała? — powiedziała, kiedy był już przy samochodzie.
Dziewczyna zajęła miejsce na tylnym siedzeniu, wciąż zestresowana. To było głupie i dobrze to wiedziała, dlatego nie chciała się za bardzo wychylać. Wolała siedzieć cicho, udając, że szuka czegoś na telefonie. Dlaczego los musiał być taki okrutny?
— Masz wszystko? — Spojrzał na Dianę przez lusterko.
— Jesteś już trzecią osobą, która o to pyta. Tak, to całkiem prawdopodobne, że zapakowałam większość potrzebnych rzeczy.
— Po prostu nie będzie mi się chciało wysyłać twoich ubrań albo czegokolwiek innego, bo ty zapomniałaś.
— Obejdzie się bez tego.
— Jak dużo słyszałaś? — zapytał podejrzliwie.
Próbował zachować zimną krew i udawać, że nawet nie wiedział, że ich podsłuchiwała, jednak nie wytrzymał i w końcu zadał nurtujące go pytanie.
— O czym mówisz? — Dalej zgrywała niewinną. Cóż, zawsze warto próbować.  
Simon uśmiechnął się, po czym odchrząknął. — Wiem, że podsłuchiwałaś.
— To nie było podsłuchiwanie.
— Więc tak po prostu stałaś cicho pod drzwiami i niby przypadkiem słyszałaś, co mówimy?
— Um, coś w tym stylu.
— Diana — powiedział poważnie.
— Usłyszałam tylko, jak mówisz, że może wrócić w każdej chwili, zadowolony?
— Bardzo.
Przewróciła oczami, po czym oparła się o szybę. Właśnie minęli jej, stary/wciąż nowy, dom. Zacisnęła usta w wąską linię, czując nagły przypływ tęsknoty.

Szykuje się wycieczka, co?

— Nawet się nie waż mi tego psuć.

Nie da się popsuć czegoś, co już dawno zostało zniszczone. Po prostu się nie da.

— Nie było cię tyle czasu, dlaczego akurat teraz wróciłeś? — Westchnęła cicho.

Mam dobre wyczucie czasu, nie mów, że tego nie wiesz?

Przełknęła ciężko ślinę, wiedząc, że to cholerstwo jej nigdy nie opuści.

Nigdy.

Kiedy dojechali na lotnisko, Diana wysiadła jako pierwsza. Spojrzała na budynek, w którym dość niedawno żegnała się z matką. Poczuła, jakby to było wczoraj. Wciąż  czuła tę  pustkę, której nie mogła niczym zapełnić. Po prostu się nie dało.
Wyjęła walizkę z bagażnika, Liam zrobił to samo, po czym cała trójka skierowała się w stronę wejścia. Wewnątrz panował wielki chaos; ludzie biegli z bagażami, jak szaleni, inni próbowali utrzymać się na nogach, by ich kartki z imionami były widoczne, a jeszcze inni mieli to totalnie gdzieś.
Podeszli do bramki z kontrolą paszportów. Kolejka była naprawdę długa, więc jedyne, co im pozostało, to czekać na swoją kolej. Diana spojrzała niecierpliwie na zegarek, przeskakując z nogi na nogę.
— Spokojnie, zdążymy — zapewnił ją Simon.
— Mam nadzieję — szepnęła.
— Nie boisz się latać samolotem?
— Trochę, ale latałam już kilka razy, więc jakoś to przeżyję.
— Liam może usiąść z tobą, jeśli tylko chcesz.
— Ustaliliśmy coś innego, prawda Liam?
— Będziemy po dwóch stronach samolotu — wyjaśnił chłopak.
— Nic się przecież nie stanie, jeśli…
— Klamka zapadła — powtórzyła jego słowa, na co zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem.
— Dobra dzieciaki, za chwilę wy. — Wskazał na kobietę przed nimi. — Trzymajcie się. — Przytulił krótko Liama.
— Cześć — powiedziała Diana, podając paszport kobiecie. 
— Oh, no nie bądź taka. Przytul starego człowieka — powiedział, na co zaśmiała się cicho, kręcąc głową.
— Jesteś stary. — Przytuliła go lekko.
— Nie przesadzaj.
— No co, samo to przecież powiedziałeś. Ja tylko potwierdziłam. — Wzruszyła ramionami.
Zabrała walizkę i po kolei zaliczała wszystkie bramki przed startem samolotu. To było bardziej wyczerpujące niż myślała.
Gdy siedzieli w poczekalni wraz z kilkoma innymi osobami, Diana zerknęła na Liama, chcąc się go o coś zapytać, jednak miała pewne wątpliwości. Może to jednak była prawda?
— Liam — zaczęła, lecz stewardessa nie dała jej dokończyć.
— Pasażerowie lecący do Glasgow proszeni są o podejście do kontroli biletów.
Wszyscy poderwali się z bardzo niewygodnych krzesełek. Były plastikowe i niebieskie, przez co brunetka czuła się, jakby była w szpitalu, w bardzo kiczowatym szpitalu.
Zajęła swoje miejsce tuż przy drzwiach do kabiny pilota. Rozsiadła się wygodnie, wyjmując komórkę i słuchawki. Już lepiej nie mogła trafić; siedziała na samym początku samolotu, zupełnie sama bez jakiegokolwiek upierdliwego gościa (Liama). Położyła torbę na siedzenie obok.
— Za około dwie minuty startujemy, proszę o zajęcie miejsc siedzących i zapięcie pasów. Za chwilę koleżanka podjedzie do państwa i wszystko wyjaśni.  — Diana uśmiechnęła się sama do siebie.
W pewnej chwili do samolotu wpadł mężczyzna. Dziewczyna słyszała jego sapanie aż tutaj. Biegł w jej stronę, przez co zaczęła się modlić, by nie usiadł obok niej. Marzenia ściętej głowy. W ostatniej chwili zabrała torbę, ochraniając ją od spotkania z tyłkiem tego gościa.
— Dzień dobry — powiedziała sztucznie, na co mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
— Tak się cieszę, że zdążyłem i nie będę tutaj sam. Wiesz, to mój pierwszy lot i okropnie się stresuję.
— Nie musi się pan niczego bać.  — Próbowała wymusić uśmiech, jednak nic z tego nie wyszło.
— W razie czego, będę mógł potrzymać cię za rękę, kiedy będziemy startować? — spytał, a jego twarz stała się blada.
— Um, nie znamy się jeszcze za dobrze.
— Mamy dużo czasu na poznanie się lepiej.
— Tak, ma pan rację. — Poczuła skręcanie w żołądku.
 — Toby. — Uścisnął jej dłoń swoją, która była strasznie spocona.
— Diana.
— Proszę zapiąć pasy, zaraz startujemy.
Dłoń Toby’ego ścisnęła tą mniejszą, należącą do Diany. Dziewczyna powstrzymała się od jakiegoś głupiego komentarza, ponieważ wiedziała, że mężczyzna bał się lotu i nie miała mu tego za złe. Kiedy leciała pierwszy raz była równie przerażona, jak on.
— Mogę cię przytulić? — wyszeptał bliski płaczu.
— Ręka wystarczy. — Ścisnęła ją bardziej, o ile było to w ogóle możliwe.
— O boże — pisnął, czując, jak maszyna startuje.
Diana zamknęła oczy, oddychając głęboko, by tylko nie wyrzucić tego gościa z samolotu. Brunetka była naprawdę wyrozumiała, jednak Toby był naprawdę irytujący, tak czy inaczej.


— Będziesz to jadła? — spytał, wskazując na papkę na talerzu.
— Nie, częstuj się — powiedziała z niesmakiem, jednak on się nawet tym nie przejął. — Muszę iść do łazienki — mruknęła, wstając. — Za niedługo wrócę. — Chwyciła torbę, po czym z trudem wydostała się z fotela.
— Jeśli przyniosą kolejne jedzenie, to mogę wziąć je za ciebie? — zapytał z nadzieją.
— Tak, jasne. — Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
— Miłego sikania. — Usłyszała, przez co przyśpieszyła kroku.
Mijała rzędy foteli, aż w końcu dotarła do toalety, gdzie zauważyła dużą kolejkę. Bardzo ucieszył ją ten fakt, ponieważ naprawdę nie chciała wracać to tej wszystkożernej maszyny. Może to dziwne, ale przerażał ją. Na jakikolwiek dźwięk reagował piskiem i skokiem, chrapał bardzo głośno, śliniąc się przy tym, natomiast, zawsze, kiedy stewardessa przynosiła posiłek, w magiczny sposób odżywał i wyrywał jej to, co miała na tacy. Czasami nawet z tacą.
Zauważyła starszą kobietę za nią, więc przepuściła ją przed siebie. Może to ze zwykłej grzeczności, jednak bardziej z braku chęci na powrót do Toby’ego.
Rozejrzała się po samolocie, szukając Liama. Znalazła go dopiero po dobrych kilku minutach. Siedział w prawym rzędzie pod oknem, miał schyloną głowę, jednak nie spał. Miał naprawdę wiele szczęścia. Siedział sam.
No idź, upokorz się przed nim jeszcze bardziej.
Przecisnęła się przez kilka osób, stojących w kolejce do toalety. Kiedy dotarła do fotela chłopaka, miała chwilę zawahania, jednak ta po chwili minęła. Usiadła obok, nic nie mówiąc. Nastolatek spojrzał się na nią ze zdziwieniem, na co tylko pokręciła głową, wzdychając.
— Mogę tu posiedzieć jeszcze z godzinkę? — zapytała z czystej uprzejmości.
— A co z naszą umową? — Podniósł podejrzliwie brew.
— Uznajmy ją za nieważną. — Wzruszyła ramionami.
— Dlaczego tu przyszłaś? — spytał rozbawiony.
— Bo, kiedy myślałam, że będę sama, to do samolotu wbiegł taki Toby, który boi się latać samolotami, a to był jego pierwszy lot. Trzymał mnie swoją spoconą łapą, piszcząc co chwila i nie, to nie jest wystarczający powód, by tu przyjść. Za każdym razem, gdy jakaś babka przynosiła jedzenie, wyrywał jej to i jadł swoją porcję z dodatkiem mojej. Wystarczy? — warknęła, jednak po chwili czuła się już lepiej. Dobrze było to komuś powiedzieć.
— Chyba potrzebuję więcej szczegółów. — Zaśmiał się głośno, przez co dostał w głowę od dziewczyny, która była w tym momencie bardziej rozbawiona niż zła.


1 komentarz :

Słoneczko, zostaw coś po sobie ☀

Hope Land of Grafic