24.02.2016

Rozdział 20


"Nawet z bijącym sercem można umierać, gdy przestaje się żyć dla innych."

— O mój boże. — Nagle wszystkie zakupy wylądowały na chodniku.
Czuła, jak jej całe ciało zastyga, a ona nie mogła wykonać żadnego ruchu. Wpatrywała się w kamienicę, która była zastawiona ludźmi i karetką. I dopiero teraz zastanawiała się, dlaczego nie usłyszała jej wcześniej, ponieważ w tym momencie była naprawdę głośna. Przełknęła ciężko ślinę, podążając w kierunku tłumu. To po prostu zwykły przypadek.
— Diana, zostawiłaś coś! — Liam próbował dogonić ją z torbami, jednak zatrzymał się i w milczeniu obserwował dziewczynę.
Oddychała ciężko, przygotowując się na najgorsze. Przepychała się przez ludzi, którzy wcale nie ułatwiali jej dostatnia się do centrum zainteresowania. Pod nosem mruczała wiązanki przekleństw, w przeciwieństwie do kilku innych osób, którzy nawet nie próbowali mówić tego cicho. Kilka przykrych słów poleciało w jej stronę, jednak musiała iść dalej i sprawdzić, czy jej przypuszczenia były słuszne.
Wzięła głęboki oddech, przeszła przez taśmę zabezpieczającą, po czym wreszcie podniosła głowę. Poczuła, jak jej nogi się uginają, jak zaczyna brakować powietrza, jak trudne jest w tej chwili jakakolwiek czynność. Jedna z kobiet, pomagających dowieźć kogoś na noszach do karetki, zauważyła dziewczynę i podbiegła do niej.
— Nie wolno tutaj wchodzić. Musisz opuścić ten teren, chodź. — Objęła ją ramieniem, jednak ta się wyrwała.
— Nic nie… — Jej serce biło jak oszalałe.
— Co się dzieje? Słabo ci? — zapytała z zaniepokojeniem, na co brunetka pokręciła głową.
— Kogo wieziecie do szpitala?
— Nie mogę udzielać ci takich informacji.
— To może być moja mama — wyszeptała słabo, wpatrując się w karetkę.
— To kobieta, ale… to nie musi być twoja mama, skarbie. Żyje tu mnóstwo ludzi.
— Mogę ją zobaczyć? — zapytała.
— Podamy ci leki uspokajające i wtedy będziesz mogła sprawdzić, czy to rzeczywiście ona.
— Ja muszę teraz, bo…
— Teraz musisz zachować spokój, bo może niepotrzebnie się denerwujesz.
— Jestem spokojna, nie widzi pani?! — warknęła, odpychając lekko kobietę.
— Chodź. — Uśmiechnęła się do niej pocieszająco, po czym zabrała do drugiej karetki.
Diana rozglądała się za Liamem, jednak nigdzie go nie zauważyła. Wyjęła komórkę, po czym napisała do niego krótką wiadomość o miejscu, do którego właśnie jechała z całkiem nieznajomą kobietą. Bała się i to cholernie, bo nie wiedziała, co może ją spotkać w szpitalu. Przed nimi jechała karetka, która wiozła poszkodowaną. Dziewczyna miała tylko nadzieję, że jej matka siedziała teraz w mieszkaniu i po prostu nie zauważyła tego, co się właśnie stało.
Kiedy dojechały pod budynek, czuła się już trochę lepiej, ponieważ myśl o bezpiecznej kobiecie, która z pewnością przebywała w domu, znacznie podnosiła ją na duchu. Wysiadła powoli z pojazdu i widząc biegnącego w jej stronę chłopaka, zaczekała chwilę na niego, po czym bez słowa poszła za kobietą, która starała się ją uspokoić, jednak nie było takiej potrzeby. Była już nieco pewniejsza i spokojniejsza.
— Musisz iść tym korytarzem, wtedy z pewnością trafisz do poczekalni. Poproszę mojego kolegę, by później cię do niej zaprowadził, dobrze?
— Myślę, że już wrócę do domu, bo to z pewnością nie moja mama.
— Masz może jej zdjęcie albo cokolwiek?
— Um. — Podniosła torebkę i wygrzebała z portfela małą fotografię. — To sprzed roku, ale nie zmieniła się zbytnio.
Darcy, ponieważ tak miała napisane na plakietce, którą dopiero teraz zauważyła, spojrzała się na zdjęcie z lekkim przejęciem. Uśmiechnęła się krótko do brunetki, po czym odwróciła się, machając papierkiem w dłoni. Diana nie zwróciła na nią uwagi. Wyjęła telefon, po czym wybrała numer Mary.
Gdy za czwartym razem nie odebrała, zirytowana odłożyła komórkę na krzesełko obok. Podparła łokcie na kolanach i wpatrywała się w białą ścianę przed nią. Może po prostu spała i nie usłyszała dzwonka? Kobieta miała naprawdę mocny sen, więc nie zdziwiłoby to dziewczyny.
— Diana, kompletnie nie wiem, co się tu dzieje. — Usiadł obok niej. —Jeśli…
— Nie ma żadnego ale, okej? To czysty przypadek i chyba wrócę już do mamy, ponieważ to nie jest ona, tylko jakaś inna osoba.
— Może zostańmy tu jeszcze trochę — zaproponował, na co pokiwała głową z niechęcią.
— To kompletna strata czasu.
— Lepiej będzie, jeśli poczekamy.
— To na pewno nie ona — powiedziała dobitnie.
— Może zadzwonię do Simona i…
— Nawet się nie waż, rozumiesz? To moja sprawa, a zresztą, o czym my rozmawiamy? O zupełnie obcym człowieku.
— Posłuchaj…
— Nie chcę ciągnąć dalej tego tematu.
— Pójdę po coś do picia, chcesz coś? — Westchnął, wiedząc, że ta rozmowa nie zajdzie za daleko.
— Może być kawa, skoro mamy tu jeszcze siedzieć.
Liam skinął głową i odszedł. Diana podjęła kolejną próbę skontaktowania się z Mary, jednak ta znowu nie odebrała. Miała naprawdę mocny sen — wciąż sobie powtarzała, by całkowicie nie zwariować.

Tak bardzo lubisz siebie oszukiwać. Powoli zaczyna mnie to nudzić.

— A ty tak bardzo lubisz sprowadzać mnie na samo dno — odpowiedziała w myślach.

Każdy ma inne hobby, a to jest mój sposób. Też powinnaś sobie coś znaleźć, teraz szczególnie ci się przyda.

— Nienawidzę cię.

I Vice versa.

— Proszę. — Usłyszała niepewny głos nastolatka.
Skinęła tylko głową, ponieważ w tym momencie nie było jej stać na nic więcej. Odebrała kubek z ciepłą kawą i upiła łyk, po czym syknęła cicho. Cóż, napój był cholernie gorący, a ona często potrafiła być cholernie głupia.


— Liam, wracajmy już. To trwa za długo i jestem pewna, że czekamy na kogoś, kiedy Mary siedzi sobie spokojnie w mieszkaniu i na nas czeka.
— Pytałem się pielęgniarki o tę kobietę i powiedzieli, że jest źle. Nie możemy jej tu zostawić.
— Z pewnością ma swoją rodzinę. Ja też powinnam być przy swojej.
— A co jeśli jesteś? — zapytał, przełykając głośno ślinę.
— Jak możesz tak mówić? — Spojrzała na niego z wyrzutem.
— To może być dla ciebie trudne, jednak…
— Nie będę z tobą o tym rozmawiać, wychodzę stąd, okej? Mam dość.
— Hej, Diana, poczekaj! — Usłyszała, przez co momentalnie się odwróciła.
— Wracam już do domu. Do mamy.
— Musisz pójść ze mną. — Objęła ją opiekuńczo ramieniem.
— Co się stało? — zapytała zdezorientowana.
— Kobieta jest w bardzo ciężkim stanie i lekarze dopiero teraz pozwolili komukolwiek tam wejść.
— Ale ja nie muszę, naprawdę. To nie ona.
Darcy uśmiechnęła się słabo, po czym otworzyła żelazne drzwi, wpuszczając brunetkę, jako pierwszą. Tuż za nimi szedł, równie zdenerwowany, Liam. Dziewczyna czuła się naprawdę dziwnie, ściany pokryte słabo kryjącą białą farbą były naprawdę odpychające i zarazem przerażające. Chciała wrócić już do domu, chciała mieć to już wreszcie za sobą.
— Mam wejść z tobą czy dasz radę zrobić to sama? — spytała, patrząc się na nią z wyraźną troską.
— Ja się nią zajmę — zaproponował Liam, na co przewróciła oczami.
— Nie musisz mnie niańczyć.
— Będę za drzwiami, dobrze?
— Jasne.
Diana wzięła głęboki oddech, po czym pchnęła drewniane drzwi. W pomieszczeniu było ciemno, więc próbowała znaleźć włącznik światła. Kiedy już to zrobiła, na suficie kilkakrotnie zaświeciła mała lampa, która ustabilizowała się dopiero po chwili. Teraz miała czas, by przyzwyczaić się do panującej tu jasności.
Zrobiła krok do przodu, nie słysząc już bijącego serca. Opuściła rękę, którą zasłaniała się przed nadmiernym światłem, które bardzo raziło jej oczy. Odkryła materiał, leżący na zmarłej osobie i momentalnie się przeraziła. Zakryła usta dłonią, by nie wydać z siebie żadnego, niepokojącego dźwięku. To było za wiele.
Odwróciła się do chłopaka, który wpatrywał się w ciało z takim samym niepokojem, jak ona. Zacisnęła powieki, czując nadchodzącą falę łez. W tym momencie oddychanie było bardzo trudną czynnością. Coraz cięższe i szybsze, nogi miała jak z waty. Opadła na ziemię, wmawiając sobie, że to tylko jakiś głupi żart, przecież Mary potrafiła jej robić naprawdę dobre dowcipy. Tylko to był najgorszy  żart, który ktokolwiek mógł komuś zrobić. To był jej najgorszy dzień, pomijając wszystkie okropne dni w szkole.
Skuliła się, pociągnęła nosem, wciąż wpatrując się w martwe ciało. Łzy spływały po jej policzkach, odbijając się o brudne kafelki. Wyglądała, jakby kilka minut temu straciła prawdziwy sens życia. Właściwie tak było, a ona nie mogła zrobić już nic więcej, by temu zapobiec. Teraz było za późno, na cokolwiek.
Poczuła ciepłą dłoń na swoim ramieniu, jednak nie zareagowała. Nie miała siły na nic, wszystko stawało się trudniejsze, a najgorsze było to, że wiedziała, co powinna zrobić. To ona musiała stawić czoło wszystkim problemom, ponieważ tylko ona będzie to potrafiła. Została sama, a ta myśl wcale jej nie pocieszała.

Zawsze byłaś sama, tak było, jest i będzie, kochanie.

— Może wyjdziemy na korytarz i... — zaczął chłopak, na co pokręciła przecząco głową.
— Mógłbyś mnie zostawić?
— Jesteś pewna?
— Chciałabym z nią trochę pobyć, przecież to nasza ostatnia szansa, zanim ją zakopią pod ziemią, prawda?
— Będę czekał za drzwiami. — Westchnął. — Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, to mnie zawołaj, dobrze?
— Dobrze — wyszeptała.
Diana siedziała na podłodze jeszcze dobre kilka minut, nie drgnęła nawet po głośnym zamknięciu drzwi. Dopiero później zebrała wszystkie siły, które z niej jeszcze nie wyleciały i podeszła do metalowego łóżka.
Patrzyła na jej, na zawsze zamknięte, oczy, na spierzchnięte usta, na jej bladą cerę, która kiedyś promieniała radością, na lekkie zmarszczki,  na swoją matkę.
— Nie będę do ciebie mówić, bo to przecież bez sensu i ty z pewnością tego nie usłyszysz, ale znasz moją skomplikowaną naturę, więc muszę coś powiedzieć. — Zamrugała kilkakrotnie, by nie uronić żadnej łzy. — Mamo, wszystko, co chciałam ci powiedzieć, napisałam w liście, który, mam nadzieję, przeczytałaś, bo jeśli nie, to będę się czuła okropnie, wiedząc, że nie pożegnałyśmy się odpowiednio, a ty nie dowiedziałaś się o moich uczuciach i problemach, choć większość z nich znałaś i to bardzo dobrze.  Chciałabym byś była szczęśliwa, taka, jak byłaś zawsze. A przynajmniej sądzę, że byłaś. Z tym szerokim uśmiechem na ustach. I żebyś o mnie nie zapomniała, bo ja nigdy nie będę umiała normalnie żyć, wiedziałam o tym już od samego początku, jednak to wszystko przytłoczyło mnie jeszcze bardziej niż wcześniej i nie wiem, czy dam sobie dalej radę bez ciebie. Wiem, co powiedziałabyś mi w tym momencie, bo zawsze, gdy mówiłam źle o sobie, ty zaprzeczałaś i dodawałaś coś miłego od siebie, coś, co podnosiło mnie na duchu. Tylko że ciebie już nie ma i nie będzie i to już chyba czas na jakieś zmiany, bo… to nieuniknione. Pamiętasz, co mi powiedziałaś? Że zawsze będziesz ze mną. Więc, gdzie jesteś teraz? — Zaszlochała gorzko. — Nie mam ci tego za złe i mam nadzieję, że jesteś gdzieś daleko, gdzie nikt cię nie skrzywdzi. Naprawdę cię kocham. — Westchnęła, puszczając dłoń Mary. — Do (nie) zobaczenia, mamo.
Wyszła z pomieszczenia, jednak zostawiła włączone światło. Uśmiechnęła się lekko, tylko na tylko było ją stać w tym momencie. Na korytarzu zauważyła Liama rozmawiającego z Darcy, która, gdy tylko zobaczyła dziewczynę, podeszła do niej i przytuliła. Biło od niej naprawdę przyjemne ciepło i troska, ale to nigdy nie będzie to samo. Nikt nie będzie w stanie zastąpić kobiety, która była zawsze. Nieważne, czy było źle, czy dobrze, zawsze mogła na nią liczyć.
— Tak bardzo mi przykro, kochanie. — Zacisnęła powieki, by znowu nie płakać.
— Mi też. — Pociągnęła nosem.
— Przepraszam, że pytam o tym w tej chwili, jednak musimy wiedzieć, co zrobić z ciałem.
— Przewieźć je do Londynu. Tam odbędzie się pogrzeb, w jej mieście. — Wzięła głęboki oddech, odsuwając się od kobiety.
— Dobrze, może pojedziesz do domu trochę odpocząć?
— Dostałam klucze od mamy. — Wyjęła mały kluczyk z tylnej kieszeni. — Do jej mieszkania.
— Zawieźć cię?
— Nie, zadzwonimy po taksówkę. — Brunet zabrał głos. — Dziękujemy.
— Trzymaj się — szepnęła dziewczynie na ucho, po czym uśmiechnęła się do niej.
Diana skinęła tylko głową i bez jakiekolwiek słowa poszła za chłopakiem. Nie chciała się z nim kłócić, a szczególnie w tym momencie. W zasadzie teraz nie miała na nic ochoty. Pragnęła tylko zaszyć się w bezpiecznym i cichym miejscu, gdzie nikt jej nie będzie przeszkadzał i mówił, jak mu przykro z powodu straty.


Hope Land of Grafic