09.02.2016

Rozdział 23


"Kiedyś byliśmy dziećmi, a świat był piękny, teraz doszły problemy, uczucia, jakieś błędy…"

— Wychodzę — rzuciła, otwierając drzwi, jednak ktoś miał inne plany i je zatrzasnął. — Co ty do cholery wyprawiasz?
— Gdzie idziesz?
 — Nie musisz wszystkiego wiedzieć, Payne. — Założyła ręce na wysokości klatki piersiowej i zmierzyła go przeszywającym spojrzeniem. — Ale jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, to do klubu.
— Nie rób tego. Działasz pod wpływem silnych emocji i teraz zapewne myślisz, że upijając się, rozwiążesz swój problem. To nie jest rozwiązanie.
— O ile wiem, to jestem już pełnoletnia i nie muszę stosować się do twoich zasad.
— Wiek to tylko liczba, to ty wybierzesz, jak bardzo będziesz dojrzała.
— Nie musisz prawić mi morałów ani tych złotych myśli. Wiem, co mogę robić, a czego nie.
— Powinnaś odpocząć, a nie iść się napić. Widziałaś, żeby komukolwiek to pomogło? Żeby następnego czuł się lepiej i od nowa zyskał radość do życia?
— Wiesz co, od dawna nie zdawałam sobie sprawy, że nawet chwila szczęścia jest cenna, bo tak szybko, jak ją dostajesz, tak szybko ją tracisz.
— Alkohol nazywasz szczęściem? — Prychnął.
— Przecież nie mam zamiaru się upić! Dlaczego wymyślasz takie nieracjonalne rzeczy?
— Bo się o ciebie martwię, do cholery. Diana…
— Po prostu daj mi chwilę na przetrawienie wszystkiego.
— W klubie pełnym ludzi i wódki? W ten sposób na pewno odreagujesz.  
— Muszę coś zrobić, nie mogę siedzieć bezczynnie w domu i ciągle o niej myśleć. Czy nie tego właśnie chciałeś?
— Nie w taki sposób.
— Wszystko, co robię uważasz za złe?
— I znowu wszystko przekręcasz. Powiedziałem coś zupełnie innego.
— Wychodzę — powiedziała stanowczo, omijając chłopaka w przejściu. — Chcę na chwilę zapomnieć.
— To błędne myślenie. Coś, co teoretycznie nam pomaga, ciągnie nas coraz niżej, coraz bardziej zagłębia nas w to bagno aż w końcu będziemy na samym dnie.
— W takim razie nie mogę już dalej spaść. — Wzruszyła ramionami, zamykając drzwi.
— Diana. — Westchnął, pocierając brodę w zamyśleniu.
— Wrócę późno — dodała za drzwiami.
— Rób co chcesz — warknął.
Dziewczyna jeszcze przez dłuższy czas stała na korytarzu, trzymając dłoń na klamce. Oczywiście, bardzo chciała się rozerwać, doznać spokoju przez upicie się do nieprzytomności i choć nigdy tego nie robiła, ba! Nigdy nie próbowała eksperymentować z alkoholem, ponieważ po prostu tego nie lubiła. Była kimś, kto nie umiał przełamać tej żelaznej bariery. Bała się podejmować robienia nowych rzeczy.
Wzięła głęboki oddech, odepchnęła się lekko od drzwi i zeszła po schodach do wyjścia. Klamka zapadła.
Wsiadła do wcześniej zamówionej taksówki, kazała mężczyźnie jechać do najbliższego klubu albo baru, czegokolwiek, gdzie mogła się wyluzować, chociaż było to trudne do zrobienia, szczególnie w jej mało imprezowym nastroju.
— Tylko niech panienka uważa, czasami jest tu nieciekawie. — Usłyszała zachrypnięty głos taksówkarza, kiedy podawała mu pieniądze.
— Co ma pan na myśli?
— Cóż, nie jest to zbytnio bezpieczne miejsce, ale nie ma tu też jakiegoś wielkiego zagrożenia, jednak coś w tym miejscu jest — coś złego.
— Będę uważać. — Zmarszczyła brwi.
— Tylko nie przesadź — krzyknął za nią, gdy wchodziła do środka.
Wywróciła oczami na wcześniejszą wypowiedź mężczyzny. Jego ostrzeżenie mogła potraktować poważnie i zawrócić albo puścić to mimo uszu, ponieważ, nie oszukujmy się, nie był już młody, mógł sobie coś po prostu wymyślić i to tyle. Nie było się czego obawiać. Nawet obezwładniającej jej ciemności.
Przy drzwiach zauważyła wysokiej postury mężczyznę, który sprawdzał dowody przed wejściem. Zeskanował sylwetkę nastolatki od góry do dołu, przez co poczuła się niezręcznie. Podała mu dowód, który obejrzał na wszystkie możliwe strony.
Ostatni raz zmierzył ją srogim spojrzeniem i otworzył ciężkie drzwi. Dziewczyna przełknęła ślinę i przekroczyła próg klubu, który nie wyglądał za specjalnie. Zwykły bar z małym wyznaczonym miejscem do tańczenia. Słabe, kolorowe światełka migały po sali, gdzie znajdowała się Diana i trzy inne osoby, które nawet nie przejęły się nowym gościem.
Zwróciła się w stronę baru, a przynajmniej uważała, że to był bar. Z pewnością, starszy mężczyzna siedział za drewnianym blatem, podpierając dłoń o brodę i wpatrując się w tłum, już pijanych ludzi na parkiecie. Na jego twarzy widać było znudzenie i brak chęci do podejmowania znajomości z kimkolwiek.
Brunetka niepewnie usiadła na chwiejącym się stołku, położyła złączone dłonie na blacie i spojrzała wyczekująco w stronę pana w podeszłym wieku. Po kilku minutach przeniósł swój wzrok na nią, przez co zamarła i momentalnie spuściła głowę w dół. Zadrżała z powodu swojej nieporadności w życiu, serio? Wstydziła poprosić się barmana o podanie jej czegoś mocnego? Z góry zakładając, że jednak coś tu mieli do sprzedania.
— Dzień dobry — zaczęła, przez co mężczyzna spojrzał się na nią z rozbawieniem.
— Dobry. — W końcu zmienił swoją pozycję. Wyprostował się i nawet ona mogła usłyszeć strzyknięcie w jego plecach. — Widzę, że jesteś w tym miejscu po raz pierwszy, tak na marginesie, to dziwię się, że nie uciekłaś. Chyba że byłaś tu już kiedyś i zachwycił cię nasz wysoki wybór alkoholi w postaci czterech gatunków taniej wódki i dwóch rodzajów piwa. Cokolwiek. — Wzruszył ramionami, wycierając brudną szmatką blat.
— Czy pracując tutaj, nie powinien pan wyrażać się w pozytywny sposób o… firmie, klubie? Cokolwiek. — Postanowiła być tak samo obojętna, jak on.
—W dosyć przekonujący sposób przekazałem ci treść naszego menu. Nie powiedziałem nic złego, prawniczko.
— Nie jestem prawniczką.
— W takim razie ja nie jestem barmanem. — Uśmiechnął się, odrzucając szmatkę gdzieś za siebie. — Ben Luca Gomez we własnej osobie. Dla przyjaciół Ben.
— Um, Diana Young. Dla przyjaciół — zawiesiła się na moment. —  właściwie, to nie mam przyjaciół. — Wzruszyła ramionami.
— Każdy kiedyś zmagał się z tym problemem. Ja swojego znalazłem prawie dwadzieścia lat temu.
— A po czym poznałeś, że to był twój przyjaciel?
— Po tym, jak go straciłem. To bardzo zabawna historia. Chcesz jej posłuchać, prawda? To nie zajmie dużo czasu, ale pewnie masz go w nadmiarze, skoro nie masz się z kim spotkać. Mam rację?
— Jesteś bardzo szczery i często zdarza ci się mieć rację.
— Po co okłamywać ludzi, skoro oni i tak doskonale znają prawdę?
— Każdy ma swoje powody.
— Na przykład brak znajomych?
— Na przykład. — Skinęła głową, odbierając od niego szklankę. Wzięła łyk, czując gorzki smak alkoholu.
— Wiesz, jaki jest najlepszy na to sposób?
— Mów dalej.
— Wódka. — Pstryknął jej palcami przed twarzą, na co spojrzała na niego z niedowierzaniem. — Oh, przecież żartowałem. — Wywrócił oczami. — Nie przestawaj szukać, w końcu znajdziesz kogoś odpowiedniego.
— Gdyby znajdowanie ludzi było tak proste, jak powiedzenie tego, to w tym momencie nie siedziałabym tutaj, nie piła tego badziewia i…
— Nie lubię ludzi, którzy zaczynają coś mówić, a później kończą, a ja muszę się potem domyślać.
— Nie myślałabym o mamie, zadowolony? — Wzięła większy łyk, podsuwając mu naczynie do ponownego zapełnienia.
— Co z nią? Umarła? — Zaśmiał się, jednak, gdy zauważył łzy dziewczyny, przybrał poważny wyraz twarzy.
— Często masz rację. — Pociągnęła nosem.
— Wiesz co, straciłem w życiu tak wiele ludzi i to z własnej winy. Przez to nauczyłem się być niezależny i lekko traktować życie, bo nigdy nie wiesz, co się przydarzy. Zawsze będą pytania, które nie będą miały odpowiedzi. Zawsze będą ludzie, którzy nie będą mieli drugiego człowieka, zawsze będzie smutek, mimo że staramy się być silni, zawsze będzie nam czegoś brakować, ale zawsze wśród ogarniającej nas ciemności, odnajdzie się mały promyczek światła, którego nie będziemy w stanie zauważyć, przez co zniknie i, kto wie, może już nigdy do nas nie powróci. Dlatego trzeba uważać, na to, co się robi, mówi i myśli.
— Nie widzę, żebyś uważał, na to, co mówisz.
— Bo tego nie robię. Nie zależy mi na ludziach, a szczególnie ich opiniach. Zostałem sam i dobrze mi z tym. Wolę to niż użeranie się ze starymi dziadami z kółka emerytów.
— Przecież robią rzeczy, które ty powinieneś robić w swoim wieku.
— Wiem, że jestem stary. Wiem, że niedługo umrę, myślisz, że mnie to rusza? — Uśmiechnął się kolejny raz. — Myślisz, że gdybym chciał dalej żyć, piłbym po kilka butelek piwa dziennie i palił naście paczek papierosów? Nie, bo mam to w dupie.
— Nie można mieć wszystkiego gdzieś. Są przecież rzeczy, które…
— Kiedy jesteś, załóżmy mną, to można. Nie obchodzi mnie to, że może jutro skończę na ulicy albo nie będę miał co jeść, bo wtedy zbliżam się do śmierci, coraz bliżej zbawienia.
— Miałeś kiedyś żonę, Ben? — Zauważyła, że się lekko spiął.
— Miałem.
— Nie masz żadnej zabawnej historii na ten temat? Przecież mam dużo czasu, pamiętasz? Nie mam znajomych.
— Idziesz dobrą drogą, podoba mi się to.
— Nie zmieniaj tematu. — Wzięła kolejny łyk piwa, opróżniając drugą szklankę.
— Nie stać ich na kufle, muszę dawać te tanie piwo w tanich szklankach. Wszystko do siebie pasuje, prawda?
— Ben. — Zaśmiała się, wiedząc, że się z nią droczył.
— Co, Diana?
— Opowiedz o niej.
— Cóż. — Podrapał po się po brodzie. — Odeszła dwadzieścia lat temu z moim przyjacielem, bo niby. — Zrobił cudzysłów. —  Nie poświęcałem jej wystarczająco czasu.
— Może tego nie zauważyłeś.
— Kobiety chciałyby wszystkiego, ale prawda jest taka, że nie robią nic, by to mieć.
— Mylisz się.
— Nie przepraszam, jeśli cię uraziłem.
— Jesteś naprawdę wygadany, miewasz czasami wyrzuty sumienia albo coś?
—  Jestem po prostu doświadczony. — Poprawił ją, wzruszając ramionami.
— Dużo wiesz o życiu, prawda?
— Na pewno więcej niż ktokolwiek z tej nory. — Wskazał na bawiących się ludzi. — Wciąż nie rozumiem, dlaczego tu przyszłaś.
— Nie znam tego miasta, przyjechałam odwiedzić mamę i potem stało się to wszystko, a ja nie wiedziałam co robić. — Westchnęła.
— Ja tam myślę, że ty doskonale wiesz, co masz robić, tylko nie umiesz tego odnaleźć w sobie.
— Wątpię, jestem naprawdę słaba emocjonalnie.
— Tu nie chodzi o stałość w emocjach. To coś zupełnie innego.
— W takim razie, co?
— Brak wiary w siebie, brak wiary w to, że mimo śmierci twojej matki, możesz dalej żyć. Bo możesz.
—To jest trudniejsze, niż mówisz. Gdyby to było takie łatwe, już dawno stałabym się innym człowiekiem, wyprowadziła z tego fałszywego miasta i już nigdy nie wróciła.
— To też możesz zrobić, jeśli chcesz. Masz już osiemnaście lat, nic cię nie ogranicza, no może poza kontrolą graniczną. — Uśmiechnęła się lekko na jego słowa.
— Wiesz co, myślę, że wciąż jestem zagubionym dzieckiem, który nie wie, czego chce. Właściwie od samego początku nie wie, co tutaj robi.
— Jeszcze dużo przed tobą.
— Tak, ale…
— Ben! — Usłyszała donośny głos, pomimo grającej muzyki.
— Czeg0 chcesz, Evans? — burknął od niechcenia, nawet nie podnosząc wzroku.
— Mógłbyś odzywać się nieco milej? — Oparł się o blat z triumfującym uśmiechem. — Wiesz, że mój ojciec może zwolnić cię w każdej chwili.
— Wiesz, że się tym nie przejmuję, prawda? Nikt nie chciałby pracować w tej spelunie.
— Ty pracujesz.
— Bo uważam, że twój ojciec jest dobrym człowiekiem, w przeciwieństwie do ciebie. Wciąż myślę, że jesteś adoptowany.
— A ja wciąż uwielbiam twoje żarty. — Prychnął. — A teraz wracaj do swojej roboty, a nie zanudzasz innych swoim niepowodzeniem w życiu.
— Ty za to mógłbyś napisać o tym książkę.
— Nie ma sprawy, z dedykacją? — Uśmiechnął się w najbardziej irytujący sposób.
— To dobrze, że nie zapominasz o najlepszym człowieku, który nauczył cię tak wiele.
— Oh, zamknij się. — Wywrócił oczami. — A ty, kochanie, chodź już od tego starca. — Spojrzał się na Dianę, która nieświadoma niczego poszła za chłopakiem.
Nie wiedziała, że potem będzie tego cholernie żałować i, choćby nie wiem, jakby chciała to naprawić, to i tak zostanie z nią do końca. Tylko, kiedy będzie wiedziała, że to już ostateczny koniec?

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Słoneczko, zostaw coś po sobie ☀

Hope Land of Grafic