09.02.2016

Rozdział 22


"Życie jest ci winne pewne rzeczy i jeśli nie dostaniesz ich do ręki, musisz się ich domagać. Musisz się stać swoim własnym cholernym windykatorem."

O godzinie siódmej Diana była już całkowicie wypoczęta, mając za sobą tylko kilka godzin snu. Przeszukiwała wszystkie szafki w sypialni, by znaleźć coś, co naprowadziłoby ją na jakiś trop. Nie wiedziała dokładnie, co może tam znaleźć, ponieważ to, co robiła, było naprawdę złe.
Nie powinna grzebać w jej rzeczach, nie powinna niczego ruszać ani przestawiać. Powinna grzecznie wrócić do Londynu i starać się żyć dalej, jednak to nie było takie proste. Wciąż nie miała odpowiedzi na bardzo nurtujące ją pytania.
Ze złością trzasnęła drewnianymi drzwiczkami od szafki, w których znalazła jedynie kilka teczek z materiałami do pracy. Opuściła bezradnie dłonie wzdłuż tułowia, czując narastającą irytację.
Otrząsnęła się dopiero po kilkunastu minutach, gdy usłyszała, jak dzwoni jej telefon. Potrząsnęła głową i chwyciła komórkę, wzdychając głośno. Upierdliwy Simon z pewnością nie miał nic innego do roboty niż męczenie jej swoimi rozmowami. Jedyne, o czym marzyła, to upragniony spokój.
Chwyciła z niechęcią telefon i nacisnęła na zieloną słuchawkę. Dobrze wiedziała, co będzie ich tematem rozmowy. Chciała zamknąć ten temat, zakopać w najgłębszym miejscu i do niego nie wracać, jednak wszyscy mieli zupełnie inne plany. Jak zawsze.
— Cześć — mruknęła pod nosem.
— Mogłabyś odbierać telefony — powiedział całkiem poważnym głosem.
— Powiało grozą. — Nawet teraz nie traciła swojego ciemnego humoru?
— Mogłabyś nie żartować w tym momencie? Myślę, że sytuacja tego nie uwzględnia.
— Myślę, że został mi tylko sarkazm.
— Diana. — Westchnął. — Właśnie zamawiam i bilety i dzisiaj wracacie do Londynu.
— Nigdzie się nie wybieram.
— Nie utrudniaj nam tego wszystkiego, proszę.
— Ja to utrudniam? — Prychnęła.
— Nie to miałem na myśli. Źle dobrałem słowa, ja…
— Nie chcę się z tobą kłócić.  Po prostu zostanę tu kilka dni, muszę załatwić trochę spraw.
— Możesz wrócić w każdej chwili, mój dom będzie zawsze otwarty.
— Oh, Simon. To takie nie w twoim stylu, nie sądzisz?
— Być może. Wracajcie jak najszybciej.
— Cokolwiek.
— Będę czekał.
— Do (nie) zobaczenia.
Rzuciła komórkę na łóżko i wyszła z pokoju. Związała po drodze włosy, czując, jak po przeczesaniu wypadło kilka pojedynczych kosmyków. To towarzyszyło jej już od kilku dni, co źle wpływało na jej zdrowie. Coś musiało się dziać.
W kuchni zastała Liama, stojącego przy kuchence. Bez słowa minęła go i wstawiła wodę na herbatę, ewentualnie kawę, która postawiłaby ją na nogi po kiepsko przespanej nocy. Wiedziała, że Mary lubiła mieć porządek i wiedzieć, gdzie co się znajdowało, więc opakowania z proszkiem szukała w górnej szafce. Był ukryty tuż za przeróżnymi smakami herbat.
Wsypała kilka łyżeczek do kubka i czekała aż woda się zagotuje. W międzyczasie wymieniła kilka spojrzeń z chłopakiem, posprzątała blat i  jak to przystało na typową niezdarę, (całkowicie niechcący) zrzuciła naczynie z szafki. Fuknęła pod nosem i przystąpiła do zbierania odłamków.
— Pokaleczysz się. — Usłyszała obok.
— Wyglądam na kogoś, kto się tym przejmuje?
Mogła przysiąść, że w tym momencie przewrócił oczami.
Kiedy niefortunnie złapała ostry kawałek szkła, poczuła, jak kropelki krwi spływają z całkiem dużego rozcięcia. Syknęła z powodu pieczenia i od razu przyłożyła palec do ust, by zatamować płynącą ciecz.
— Chciałbym powiedzieć A nie mówiłem, ale się powstrzymam.
— Śmiało, ulżyj sobie — burknęła, wstając z ziemi. Sięgnęła nieskaleczoną ręką po szczotkę i zaczęła wszystko zamiatać.
— A nie mówiłem? — powiedział po dłuższej chwili.
— Brawo. — Przewróciła oczami, wyrzucając kawałki naczynia do kosza.
— Zrobiłem śniadanie, które chyba da się zjeść.
— Smacznego. — Uśmiechnęła się lekko, po czym wyłączyła gotującą się wodę.
— Dla ciebie też coś zostało.
— Nie jestem zbytnio głodna. — Skłamała, natomiast jej żołądek wywijał fikołki.
— Nie jadłaś nic od kilku dni.
— Trochę to  wszystko wyolbrzymiasz. — Nalała wody do nowo przygotowanego kubka.
— Mówię tylko to, co widzę.
— Cóż, mylisz się.
— Nie chcę, żebyś coś sobie zrobiła.
— Umiem o siebie zadbać, okej?
— W to nie wątpię, jednak…
— Możemy porozmawiać o czymś innym? W zasadzie to możemy w ogóle nie rozmawiać, nie mam na to ochoty.
— To minie. — Usłyszała, kiedy wychodziła z kuchni. — Nie w całości i szybko, ale minie.
Zatrzymała się na chwilę, zaciskając dłonie na gorącym kubku. Syknęła cicho z powodu gwałtownego wzrostu temperatury, po czym poszła do saloniku. Postawiła naczynie na stoliku i przystąpiła do przeszukiwania kolejnych dokumentów. Upiła łyk kawy i otworzyła dolną szafkę. Wyciągnęła z niej duży album, którego wcale sobie nie przypominała.
Zmarszczyła brwi, dotykając skórzanej okładki. Otworzyła go, po czym ze środka wypadła mała karteczka. Dziewczyna schyliła się, chwyciła przedmiot w dłonie, oglądając go z każdej strony w poszukiwaniu, tak naprawdę czegokolwiek, co pomogłoby jej to wszystko zrozumieć.

Pamiętaj, że jeśli znowu wszystko się zacznie i nie będziesz umiała sobie z tym poradzić, to wiedz, że możesz do mnie zadzwonić. Mimo wszystko.

W rogu zauważyła jeszcze numer telefonu, po czym chwyciła komórkę. Zastanowiła się przez chwilę czy to, co robi, jest właściwe, czy nie powinna tego zostawić i po prostu zapomnieć. Wyrzuciła tę myśl jak najszybciej z głowy i wykręciła nieznajomy numer. Podczas oczekiwania na odebranie zaczęła tupać ze zniecierpliwienia nogą i obgryzać paznokcie. Pogrążała się coraz bardziej.
— Darcy Bennett przy telefonie, z kim mam przyjemność rozmawiać? — Usłyszała bardzo znajomy głos.
Wstrzymała oddech, nie wiedząc, co mogłaby powiedzieć, by nie wyjść na totalną idiotkę. Przełknęła głośno ślinę, czując nagły przypływ gorąca.
— Jeżeli to jakieś żarty, to…
— To ja — powiedziała zachrypniętym głosem. Odchrząknęła, po czym dodała. — Diana.
— Oh, coś się stało, skarbie? Przepraszam, głupie pytanie. — Westchnęła.
— Rozumiem.
— Dlaczego do mnie zadzwoniłaś?
— To dość skomplikowane, znalazłam jakiś numer i myślałam, że… — Zawahała się. Właściwie, o czym myślała, dzwoniąc do niezwykle zatroskanej kobiety?
— Nie za bardzo rozumiem.
— Chciałam dowiedzieć się czegoś o mamie i myślałam, że szperając w jej rzeczach coś znajdę,  jednak się pomyliłam. Jestem głupia. — Zatrzasnęła album, odkładając go na miejsce. — Przepraszam, że zabrałam pani czas, powinnam się już rozłączyć.
— Za niedługo mam przerwę, może wpadłabyś na chwilę rozmowy.
— To nie jest raczej konieczne.
— Muszę ci coś powiedzieć, ale nie przez telefon, bo to, tak przynajmniej myślę, powinno być dla ciebie pewnym rozwiązaniem.
— Jakim rozwiązaniem?
— Będę czekać w pokoju lekarskim, na końcu korytarza po prawej od recepcji. Mam nadzieję, że trafisz.
— Ale…
— Jeśli będziesz miała jakiś problem, to zadzwoń.
— Mam teraz dużo problemów — powiedziała po tym, jak Darcy rozłączyła się.
Usiadła z telefonem w rękach na sofę. Swój wzrok ulokowała na ścianie, gdzie wisiał, niekoniecznie ładnie namalowany, obraz. Wpatrywała się w niego dobre kilka minut, dopóki do salonu nie wszedł Liam.
Ukucnął przy dziewczynie, starając się zwrócić na siebie uwagę, jednak Diana była tak jakby w transie. Nie mrugała, jej oczy szkliły się, a po policzku spłynęła pojedyncza łza, wyznaczając mokrą ścieżkę przez całą twarz.  Była nieobecna.
— Płacz nie jest rozwiązaniem, Diano. Sprawia, że jesteśmy coraz bardziej bezsilni. Z tobą będzie inaczej. — Próbował otrzymać od niej jakąś odpowiedź, jednak wciąż z jej ust nie wypłynęło żadne słowo. — Proszę, odezwij się. Zrób cokolwiek.
To była jej wewnętrzna walka. Nie krzyczała, nie szlochała głośno, nie biegała ani nie wyrywała sobie włosów z głowy. Wszystko dusiła w sobie, zatrzymując się w miejscu i nikt nie wiedział, czy kiedykolwiek ruszy naprzód, czy wykona jakiś krok.
— Im bardziej chcę zapomnieć, tym bardziej to wszystko wraca, wiesz? — Pociągnęła nosem.
— To oznaka, że jednak ci zależy.
— Na niej zawsze mi zależało i dalej zależy, dlaczego jej tu teraz nie ma? — załkała, wtulając się w klatkę piersiową chłopaka.
— Będzie dobrze, pomogę ci.
 Spojrzała na niego smutnym, zamglonym wzrokiem, po chwili dokańczając swoją wypowiedź. — Jestem jednym wielkim bałaganem, którego wciąż nie można pozbierać, jestem rozbitkiem na bezludnej wyspie, jestem zniszczonym człowiekiem.
— Diana…
— Wiem, że nie ma dla mnie ratunku, Liam, a mimo to brnę dalej w to cholerstwo, dalej żyję i dalej nic mi się nie udaje.
— To świadczy tylko o tym, że się nie poddajesz i masz w sobie wystarczająco dużo siły, by żyć.
— Nie widzisz, że ja już dawno się poddałam? Że już nie walczę? Że odkąd mam tę świadomość, że nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc, to bym nie wróciła do tego świństwa? — Odsłoniła rękawy bluzy.
— Możesz z tym skończyć w każdej chwili. Wiesz o tym.
— To trudne wytłumaczyć człowiekowi w totalnej rozsypce. — Uśmiechnęła się do niego i coś, co z pewnością zdziwiło wszystkich — nie było w tym ani cienia złośliwości.
— Pozbierasz się. — Ścisnął pocieszającą jej dłoń, na co przewróciła oczami.
— Mógłbyś coś dla mnie zrobić?
— Przecież wiesz, że tak.
— Zamów taksówkę, muszę coś załatwić. Możliwe, że jestem blisko.
— Blisko czego?
— Rozwiązania pewnej zagadki.
— Jakiego rozwiązania?
— Sęk w tym, że nawet ja nie wiem jakiego. — Wzruszyła ramionami, wstając z sofy.


— Mam jechać z tobą?
— Jestem już dużą dziewczynką. Myślę, że sobie poradzę.
— Na pewno?
— Pa. — Zamknęła drzwi, patrząc znacząco na kierowcę.
Oparła się z westchnieniem o szybę, podziwiając krople deszczu spływające po szkle. Akurat w tym momencie musiało się rozpadać, pogoda była całkowicie nieprzewidywalna.
— A teraz coś, co przez ostatni czas chodzi mi po głowie. Niezastąpiona Fergie w utworze Big girls don’t cry.
W głośnikach rozbrzmiały pierwsze słowa piosenki, której Diana już od dawna nie słyszała. Uśmiechnęła się pod nosem, czując duży przypływ emocji związany z tym utworem. Kiedy po raz pierwszy usłyszała to w radiu, Fergie była na pierwszym miejscu jej playlisty przez długie miesiące. Muzyka była jej motywacją i nadzieją, teraz nie ma już nic.
— And big girls don’t cry — dokończyła ostatni wers.
Spojrzała tęsknie w okno, widząc szpital w całej swej okazałości. Wyciągnęła pieniądze z kieszeni, podając je kierowcy, na co pokręcił tylko głową.
— Wszystko zostało już uregulowane.
Diana spojrzała się na niego ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, jednak posłusznie wysiadła z taksówki. Uśmiechnęła się do mężczyzny, który odpowiedział jej tym samym. Jednak na świecie istnieją mili ludzie.
Weszła do środka, czując ogarniający ją strach. To, co wydarzyło się wczoraj wciąż do niej wracało i zapewne tak szybko nie zniknie. Westchnęła, spuszczając głowę, by nie pokazywać innym swojej słabości.
Poszła w stronę pokoju lekarskiego tak, jak poinstruowała ją Darcy. Zapukała niepewnie, wchodząc do środka. Na przyjemnie zielonej kanapie siedziała kobieta, a przed nią ustawione były dwa kubki z parującą herbatą.
Diana wciąż stała na środku pomieszczenia, jak zwykle nie wiedząc, co robić. Spojrzała pytająco na lekarkę, czuła się zakłopotana.
— Siadaj, śmiało. Myślę, że trochę nam to zajmie.
— Właściwie to ja tylko na chwilkę.
 — Chcesz, żebym ci to wytłumaczyła, prawda? — Kobieta nie owijała w bawełnę.
— Miałam taką nadzieję.
— Właściwie, to nie wiem, od czego zacząć. To bardziej złożone i trudniejsze, niż myślisz.
— Uwierz mi, słyszę to bardzo często. — Przewróciła oczami. — Najlepiej od początku.
— Więc. — Wzięła głęboki oddech. — Poznałam twoją mamę kilka tygodni temu, kiedy skierowano ją na nasz oddział onkologii.
— Dlaczego akurat tu? — Nieświadomie zacisnęła dłonie na gorącym kubku, przez co syknęła z bólu.
— Nie powiedziała mi wszystkiego. Wiedziałam tylko tyle, że leczyła się już od jakiegoś czasu.
— Miała raka? — Spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Nie był bardzo zaawansowany. To było drugie stadium i wszyscy myśleli, że terapia chemią pomoże, a jej problemy się skończą.
— Skończyły się, tylko w inny sposób. — Zamknęła oczy, czując nieprzyjemne pieczenie.
— Ona nie chciała cię martwić swoją chorobą, bo wiedziała, że i tak masz mnóstwo problemów na głowie. Nie chciała, żebyś zadręczała się jeszcze nią.
— Zdaję sobie pani sprawę, jak bardzo niedorzecznie to brzmi?
— Nie popieram jej zachowania, ale to była decyzja Mary i ja nie mogłam się w to wtrącać.
— Nie pomyślała pani o tym, że może ma bliską rodzinę, na przykład córkę, która cholernie się o nią martwi? Że po jej śmierci zostanie całkowicie sama?
— Cały czas o tobie mówiła. — Położyła jej dłoń na ramieniu.
— Wspominała coś?
— Rozmawiałyśmy o jej przeprowadzce, o twojej reakcji i o wszystkim innym, Diano. — Zaczesała jeden z kosmyków włosa za ucho, patrząc na nią troskliwie.
— O moich problemach też?
— Muszę dochować tajemnicy, więc powiem tylko tyle. — Odetchnęła głęboko. — Mary bardzo cię kochała i jestem pewna, że wciąż nie przestała. Mimo że jej tutaj nie ma, ona zawsze będzie nad tobą czuwać i zawsze będzie z tobą.  

 — Wiem. — Załkała. — Czuję to. 

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Słoneczko, zostaw coś po sobie ☀

Hope Land of Grafic